poniedziałek, 29 września 2025

O tempora, o mores

   Linia między dobrym smakiem i gustem a jej przekroczeniem i stworzeniem  reklamy wywołującej niesmak jest bardzo cienka. Bardzo łatwo jest przekroczyć przez twórców reklamy owa linię dla zasady, że wszystko jest na sprzedaż. Otóż zgodzę się, że wszystko w dzisiejszym świecie jest na sprzedaż, tyle tylko, że towar, bo wszystko jest towarem, musi znajdować się na odpowiednich miejscach. Gdy więc oglądam reklamę sklepu odzieżowego Answear.com w której para zakochanych i młodych prowadzi grę wstępną do Lacrimosa z Requiem Mozarta to mam nieodparte wrażenie, że ktoś przekroczył granice dobrego smaku. Lacrimosa oznacza po prostu płacz żałobny. Tymczasem widzimy miłosny balet  dwojga młodych ludzi. Rozumiem, że reklama ma na celu wtłoczenie do naszej pamięci reklamowany towar. W tej metodzie nie liczy się smak i subtelność. Liczy się końcowy efekt, a więc i słowa oburzenia na styl i gust reklamy. Im bardziej kontrowersyjna w formie, tym lepiej będzie zapamiętana. Jednak czy naprawdę o to chodzi, żeby w butach wchodzić w sacrum? Czy naprawdę brak jest wśród setek  dzieł muzycznych takich, które można gustownie dopasować do reklamy i  wywołają w nas podobny efekt marketingowy.
 Tymczasem sklep Answear.com wyraźnie zapragnął wywołać w nas estetyczny wstrząs przedstawiając młodość,  apoteozę życia w kontraście do Lacrimosa, czyli części mszy żałobnej jaką jest Requiem. Theophile Gautier  tak pisał o Requiem Mozarta, które wykonano podczas mszy żałobnej ku czci zmarłego Fryderyka Chopina - "Odśpiewano je z takim mistrzostwem, że dopiero tego dnia, po raz pierwszy może, zrozumiano, co to jest Requiem Mozarta! Jego natchnione melodye są jakby żałosnemi wynurzeniami duszy, która już prawie nie jest z tego świata, tak czuje się bliską tych zagadkowych sfer, do których droga prowadzi przez świeżo wykopany grób." De Profundis, odśpiewane w całej czystości swego rzymskiego stylu, tak, jak je niegdyś musiano śpiewać za dobrych czasów kaplicy Sykstyńskiej, było wysłuchane o pobożnem skupieniu, z uczuciem jakiejś tajemniczej grozy. Cóż to za rozdzierający krzyk zbolałego serca! Ileż naiwnego przyznania się do ludzkiej słabości, a więc uznanie swej niemocy, wyczuwa się z tej pokornej prośby istoty śmiertelnej, istoty, która, wzdrygając się przed swą nicością, błagalnie wyciąga ręce ku Bogu miłosierdzia ! Ile prostoty, a zarazem ile prawdziwego uczucia religijnego i łez znajduje się w tym hymnie zwątpienia!.. Alexis Dupont, któremu tu przypadła partya solowa, okazał się, jako na wskroś uczuciowy artysta".
 W porównaniu ze słowami francuskiego pisarza, reklama firmy Answear jest wyjątkowo obraźliwa dla majestatu śmierci, niesmaczna. A sklep, który promuje gustowne ubrania, okazał wyjątkowe bezguście produkując taką reklamę. 
Świat przyzwyczaja się powoli do największych profanacji świętości. Kiedyś gdy szedłem w Szczecinie na pogrzeb przyjaciela, niedaleko kaplicy pogrzebowej na Cmentarzu Centralnym opalała się kobieta w stroju plażowym. Mam nieodparte wrażenie, że ów sklep odzieżowy postąpił podobnie. 
"O tempora, o mores" Cyceron
                           



poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Kłamstwo - niezniszczalne narzędzie polityków.

 Oglądałem ostatnio na YT program  Roberta Makłowicza "Podróż przez Austrię - Przez Styrię". Pan Robert zatrzymał się w drodze w miasteczku Wiener Neustadt w kraju związkowym Dolna Austria. W swojej relacji słynny nasz podróżnik, krytyk kulinarny, pisarz, dziennikarz wspomniał, że w owym mieście urodził się Andrzej Bobkowski - autor dziennika "Szkice piórkiem". Zachęcony zamówiłem w/w książkę w księgarni internetowej. Trudno jest streszczać dzieło A. Bobkowskiego pisanego we Francji po wybuchu II wojny światowej. Po lekturze "Szkiców piórkiem" nasuwa się jedna myśl - czasy się zmieniają, ale my się nie zmieniamy. Dziennik Bobkowskiego pisany w latach 1940-1944 można śmiało odnieść do dzisiejszych czasów. Wnioski miejscami wręcz szokują trafnością i przenikliwością spostrzeżeń. Jednak jeden cytat przykuł moją szczególną uwagę. Co ważne  aktualny jest cały czas. 

" Nie wiem, czy istniała kiedykolwiek tak kłamliwa epoka jak nasza. Kłamstwo poparte siłą, wtłacza się w umysły ludzkie jako prawdę przy pomocy  najordynarniejszych metod i pod wysokim ciśnieniem. Każe się wierzyć i kwita. I w tej nawale kłamstwa umysł przestaje samoczynnie działać, poddaje się i idzie; jak filar mostu pod naporem wezbranej wody lub kry. Ludzie nie wierząc, wierzą. To jest tą najnowszą zdobyczą obecnego kłamstwa. Wierzchnia warstwa myśli i mózgu, przeznaczona do codziennego użytku, nie jest w stanie oprzeć się i poddaje się nie tylko wyszukanym, ale wręcz pierwotnym i gruboskórnym kłamstwom.  Jedynie głębsze warstwy mózgu i myśli działają normalnie i od czasu do czasu reagują. Wtedy dopiero odczuwa się, w jakich łańcuchach i w jakim spętaniu kłamstwem żyje dzisiejsza ludzkość. Bezsilność wobec tego kłamstwa  osłabia jeszcze bardziej odporność i ludzie najbardziej rozsądni zamieniają się w stado baranów. Obserwuję to na sobie; przeczytam coś w gazecie i dopiero po chwili łapię się na tym, że uwierzyłem. Całe narody wytresowano już w przyjmowaniu kłamstwa za prawdę; musisz połknąć - i połykają coraz gładziej, jak chore dziecko rycynę. Po tej pierwszej łyżeczce następne przychodzą łatwiej".

Andrzej Bobkowski "Szkice piórkiem" str. 165 wyd. z 2014 roku.

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

Escape parlament

 Eskape parlament


W "Polityce" nr 32(3526) z dnia 06-08.2025 przeczytałem felieton Ryszarda Koziołka pt."Eskape apartament". Otóż redaktor spytał się sąsiadki czytającej ulotkę "co chcą nam sprzedać". W odpowiedzi usłyszał wizytę w "eskape room". Widnieje tam propozycja wejścia do Grobowca Kleopatry. Ów grobowiec to nic innego jak pokój z zagadkami, z którego nie da się wyjść, dopóki nie rozwiąże się zagadki. Tytuł mojego wpisu brzmi "Eskape parlament". Sąsiadka redaktora chciałaby w takim "eskape room" zamknąć posłów zanim dostaną karty do głosowania. Jestem szczerze za. Tyle tylko, że zamknąłbym w owym  parlamencie nie tylko posłów, ale i Prezydenta RP i Rząd. Wyjdą dopiero wtedy jak uzgodnią jak naprawić państwo, jak zaniechać  rozdawnictwa pieniędzy, korupcji politycznej itd. Dopiero wtedy otworzyłyby się drzwi parlamentu, aż wszystko zostanie uzgodnione i podpisane.  Podobnie jak autor felietonu "chciałbym doczekać polityka, który będzie się starał o moje dobro, a nie o mój głos. Który miałby odwagę nie tylko nic nie obiecać, ale nawet odmówić mi moich roszczeń...". Trochę byłoby to podobne do konklawe z lat 1268 do 1271 roku. Ponad trzy lata. Rekord absolutny. W tym miejscu warto wspomnieć o włoskim miasteczku Viterbo. To właśnie w tym miasteczku  miał miejsce najdłużej trwający wybór nowego papieża. Na koszt mieszkańców purpuraci obradowali 3 lata. I być może obradowali by dłużej, gdyby nie determinacja mieszkańców miasteczka, którzy zamurowali drzwi stąd nazwa "pod kluczem" - cum clave. Upór purpuratów jednak trwał nadal, zatem zaczęto im ograniczać porcje żywności. Gdy i to nie pomogło, zdjęto dach, więc obradowano "pod chmurką". Dopiero ten krok mieszkańców, skłonił kardynałów do wyboru nowego papieża. Został nim Grzegorz X w 1271 roku i to on właśnie zreformował wybór nowego papieża. Jest to jakaś namiastka "eskape room" dla naszego parlamentu.  Oczywiście nie chodzi o to, aby naszych posłów zamurowywać i zdejmować dach znad głów. W takim "Eskape parlament"  na początku należałoby przegłosować prawo o dwukadencyjności bycia posłem. Siedzenie w ławach poselskich dożywotnio jest chyba pierwszą rzeczą, której likwidacji powinni się domagać wyborcy. Można by ograniczyć diety za przeciąganie uchwalanie ustaw w nieskończoność i trzymanie w marszałkowskiej "zamrażarce". Może więc na rzeczy byłoby opracowanie takiej metody blokady drzwi, aby uniemożliwić przeciąganie uchwalenia ustaw w nieskończoność. Sejm staje się bowiem targowiskiem próżności, pustych i gołosłownych debat, pełnych wyzwisk. Może więc w przypadku Sejmu RP koncepcja owego "eskape room" dałaby dobre efekty. W końcu, bez demagogii, ale diety poselskie opłacane są z naszej kieszeni i wszelkie obiecanki polityków jako kiełbasa wyborcza również. Popieram więc w całej rozciągłości   sąsiadkę redaktora   "Polityki" i polecam artykuł.

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Wskrzeszone z nieistnienia

 Na wakacjach sięgnąłem po powieść Ałbeny Grabowskiej "Najważniejsze, to przeżyć". Rodzina Pataczków wraca po wojnie do zrujnowanej Warszawy, aby zamieszkać w ocalałym częściowo z pożogi wojennej domu przy ul. Marszałkowskiej. Nie będę streszczał powieści. Powiem tylko, że mnie powieść nie przekonała. Nie porwała. Owszem, ma rację autorka, że Warszawa była jednym wielkim powojennym gruzowiskiem i cmentarzyskiem. I do owego gruzowiska wracali ludzie, aby w odszukać swoich bliskich na cmentarzach wśród zgliszcz. Swoich domów, albo miejsca dla siebie, gdzie mogliby zacząć żyć w mieście na nowo. Jest to warszawski fenomen. Wracać właściwie do niczego i zaczynać od niczego. Jednak autorka zupełnie o tym fenomenie zapomina. Zapomina także, że na tych ruinach rozpoczyna się fenomen życia. Fenomen przeplatany tragicznymi ekshumacjami zwłok. Rozbieraniem całych budynków. Sprzątaniem gruzów. Jednak miasto zaczyna podnosić się z ruin, wracać do życia. Pierwsza linia tramwajowa. Pierwsze sklepy na Marszałkowej. Pierwsza woda w kranach. To wszystko to krok po kroku, mozolnie i wytrwale, po warszawsku, a więc we wspólnym zapale. Każda taka informacja to podnoszenie ludzi na duchu, że to wszystko co robią ma sens. Oczywiście nie brak wśród ludzi dramatów, nie brak traumy powojennej i na tym skupia się autorka. Natomiast zupełnie  pomija rodzącego się ducha entuzjazmu podniesienia miasta w ruin. Wskrzeszenia z nieistnienia. Szkoda, bo bez tamtego entuzjazmu nie byłoby dzisiejszej Warszawy.  

  

piątek, 18 lipca 2025

Callas, moja rywalka

 


  Miłośnikom opery, a w szczególności Marii Callas, polecam nową książkę Ericha Emmanuela Schmitta "Callas - moja rywalka". Ta krótka forma literacka nie jest powieścią, jest raczej opowieścią o Carlotcie Berlumi, rywalce najsłynniejszej divy opery w XX wieku - Marii Callas. Postaci całkowicie fikcyjnej, stworzonej przez pisarza. Jednak w Carlotcie Berlumi jest kilka postaci zebranych jak w soczewce. Być może jest w Berlumi i Renata Tebaldi, faktyczna rywalka Callas, o której Maria   miała powiedzieć zapytana o spór między divami "To porównanie szampana z coca-colą" (Józef Kański " Mistrzowie sceny operowej"). W czasach słynnej Greczynki śpiewały także: Leyla Gencer, Brigit Nilsson, Joan Sutherland, czy Montserrat Caballe. Autor opowieści bynajmniej nie doszukuje się w postaci Berlumi, którejś z rówieśniczek Callas, choć wiadomo było, że miała całkiem liczne grono przeciwniczek. Opowieść Schmitta jest studium  nad zawiścią , posuniętą do psychozy i nienawiści wobec największej sopranistki dramatycznej XX wieku. Jednak to bardziej uniwersalne przesłanie, nie  odwołujące się tylko do scenicznej rywalizacji. O ile zazdrość potrafi w nas wyzwolić pozytywne reakcje, a więc dorównania komuś, komu zazdrościmy, o tyle zawiść jest w każdej mierze wyniszczająca osobę zawistną. Nie wyzwala w niej chęci zdrowej rywalizacji, ale po prostu chęć zniszczenia kogoś. Nie potrafi  się bowiem osoba zawistna pogodzić z faktem, że ktoś jest lepszy, ma większy talent, większą popularność itd. Zawiść potrafi przyjąć formę patologiczną, wręcz na pograniczu psychozy. Jak bowiem określić złorzeczenia osobie, nawet po jej śmierci, której nienawidzimy. A taki stan osiąga właśnie Carlotta Berlumi - bohaterka nowej opowieści autora Oskara i róży. Berlumi żyje zawiścią. Karmi się nią. Czyha na niepowodzenie Callas. Cieszy się z każdego niepowodzenia, jak choćby dramatu miłosnego z Onassisem. Z wszystkiego co tylko dotyka największej operowej divy XX wieku. Berlumi, ale nie tylko,  każdy  bowiem  kto żyje zawiścią, wydaje się że nie jest do końca świadomy jej destrukcyjnego działania na własną osobowość. I tak kończy się opowieść. Stara, zgorzkniała Berlumi zostaje zaproszona do jury konkursu Fundacji im. Marii Callas - w celu wyłonienia młodej utalentowanej sopranistki. Paradoks? Ktoś powie zemsta Marii zza grobu? Nie. To jasna odpowiedź, jak zawiść potrafi obrócić się przeciwko nam. 
Polecam na wakacyjny wypoczynek.

niedziela, 6 lipca 2025

W cieniu wielkiego pisarza

 


    

 
 O Jarosławie Iwaszkiewiczu wiemy dużo, a nawet bardzo dużo. Powieści, nowele, opowiadania, poezje, dzienniki i listy to dorobek literacki autora "Panien z Wilka", który dobrze znamy. A przecież był także sekretarzem Marszałka Sejmu - Macieja Rataja, pracował w ambasadzie polskiej w Kopenhadze, był prezesem Związku Literatów Polskich. Historią życia Iwaszkiewicza można by obdzielić kilka osób. Mniej i to zdecydowanie wiemy o jego żonie-Annie Iwaszkiewicz z domu Lilpop. Jej właśnie poświęca swoją opowieść  "W stronę Anny" - Sylwia Góra. Tytuł przynosi na myśl pierwszy tom cyklu powieściowego " W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta "W stronę Swanna". Fragmenty tego tomu przetłumaczyła Anna Iwaszkiewicz. Kobieta tyleż utalentowana co nieszczęśliwa, na której psychice zaciążyły niewątpliwie najpierw porzucenie przez matkę  w wieku dwóch lat. Jadwiga Lilpop-żona Stanisława zakochała się bowiem w pianiście Józefie Śliwińskim i dla niego odeszła od męża i dzieci. Jak musiało odbić się na psychice dwuletniej dziewczynki odejście matki o tym pisze Sylwia Góra. Powiedzieć można usprawiedliwiając matkę Anny - "serce nie sługa" . Sama Jadwiga Lilpop tak pisała "Kto nie żył w sferze promieniowania człowieka genialnego, kto nie dzielił życia wielkiego artysty, nie przebywał w zaczarowanym świecie poezji, nie miał tej egzystencji, gdzie do czegoś się dąży, czegoś oczekuje,[...] kto nie oddychał powietrzem wolnem od wszelkiego materializmu, ten nie może mieć pojęcia, jak ciężko potem [żyć] wśród bezdusznego tłumu. Jedyną ucieczką, jedyną pociechą moją jest muzyka i ten świat najdroższych mi wspomnień. Choć żyć niemi ma końca". Można to zrozumieć, ale nie można zrozumieć porzucenia dwuletniego dziecka. Nie wiem czy Jadwiga Lilpop wiedziała, że biorąc rozwód, porzucając męża dla innego, przede wszystkim porzuca dziecko.  Drugą traumą jakby dopełniającą obciążenie psychiczne była samobójcza śmierć ojca w roku 1930.  Przed tym Stanisław Lilpop często zapadał w depresję, co odziedziczyła Anna. Pierwszy psychiczny kryzys miała Anna mając 13 lat. W latch późniejszych, już będąc żoną Jarosława, załamanie nerwowe doprowadziło do leczenia nerwów najpierw w Batowicach a później w Tworkach. Wojnę Anna zniosła bardzo dobrze. Była znacznie bardziej odważna w swych poczynaniach i niesieniu pomocy niż mąż. W latach późniejszych, zbliżając się do jesieni życia, szczególnie przy jego końcu Anna znów zapadła w silne stany lękowe i depresję. Chcąc nad nimi zapanować popadła w bigoterię i dewocję.  
 Anna nie uczęszczała do szkoły powszechnej. Pobierała naukę w domu. Zadecydowała o tym ciotka Anny - Aniela Pilawitzowa, która de facto sprawowała opiekę nad dzieckiem po odejściu matki. Pobierała naukę w domu. Uczyły ją najlepsze guwernantki. Tym niemniej kompleks braku matury państwowej pozostał.  Ojciec też skłaniał się raczej do pobierania przez córkę nauki w domu niż w szkole. Córki Hani i Jarosława - Maria i Teresa - twierdzą, że to wynik "ciasnawego mieszczańskiego poglądu Lilpopów". Hanna jednak otrzymała gruntowne i staranne wykształcenie. Jednak tak wtedy, jak i dziś w Polsce liczy się dyplom i świadectwo ukończenia szkoły i sam talent niestety nie wystarcza. Można rzec, że to też "polski ciasnawy pogląd". Wystarczy rozejrzeć się, aby dostrzec ilu znanych pisarzy zagranicznych i polskich nie miało ukończonych szkół, bądź je porzucili: William Faulkner, Mark Twain, George Bernard Shaw czy Marek Hłasko. Swoją cegiełkę do nierozwinięcia w pełni talentu literackiego Hani dołożył sam Jarosław, który lekceważył jej pisarstwo. Z jednej strony krytykując "niedanie Hani odpowiedniego wyksztalcenia" z drugiej strony podchodząc lekceważąco do jej prób pisania. A była kobietą wszechstronnie utalentowaną. Tak muzycznie, jak literacko. Wystarczy przeczytać jej Dziennik lub listy do Jarosława, jak pięknym literackim stylem są pisane. Trzeba było mieć nietuzinkowy talent, aby grać partie fortepianową Skriabina w Filharmonii Narodowej. Twórczość literacka Anny Iwaszkiewicz to przede wszystkim eseje na temat twórczości Marcela Prousta i przetłumaczenie kilku rozdziałów " W stronę Swanna" I tomu cyklu "W poszukiwaniu straconego czasu", eseje na temat Josepha Conrada i Thomasa Manna. Tłumaczyła głównie literaturę francuską i literaturę anglojęzyczną - Merton i Whitehead. Jej najwybitniejszym dziełem są Dzienniki i wspomnienia oraz wspomnienia o Karolu Szymanowskim.  Dziw bierze, że tak utalentowana kobieta została tak niedoceniona. Sama zresztą nie wierzyła w swój talent mówiąc, że jej twórczość jest mało znacząca, albo, co bardziej prawdopodobne po prostu swoje życie i swoją twórczość poświęciła Jarosławowi, żyjąc jak pisała w "cieniu wielkiego pisarza". 
Zapraszam do lektury "W stronę Anny"

  

sobota, 28 czerwca 2025

Miłość i przyjaźń - nie tylko moimi oczami

   Czytam książkę Sylwii Góry "W stronę Anny". Tę bardzo interesującą książkę omówię w następnym wpisie. Chcę się zatrzymać na fragmencie dotyczącym miłości i przyjaźni, a tych dwóch stanów życia ze sobą,  doświadczali Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, a byli małżeństwem przez 58 lat. Na stronie 158 autorka książki przytacza cytat: "Jak ludzie wszystko głupio  nazywają: na ogół to szaleństwo, które może czasem prędko się skończyć, które nie wytwarza żadnej konieczności przeżywania wszystkiego razem, egoistyczne  w swej zachłanności - to tylko nazywają miłością. A to co łączy nas po dziesięciu latach może być tym, czym jest - nierozerwalną częścią własnego istnienia, jakże to powinno się nazwać? Ja właśnie to jednak przede wszystkim nazywam miłością. Listy Jarosława narzeczeńskie z Paryża - a choćby tegoroczne, codzienne z Zakopanego, cóż za różnica! Teraz rzeczywiście nie umiemy żyć już bez siebie, i to jest to wielkie uczucie, które pomimo wszystkiego, co teraz gadają, wytwarza tylko małżeństwo". Na stronie 186 autorka przytacza następujący cytat "Przykro mi, jak wiem, że masz taką fazę, a jednak miło mi, że odczuwasz moją nieobecność; tak, mój drogi, to nasza przyjaźń , to jest to najważniejsze i im więcej widzę małżeństw, tym bardziej to cenię; bez tego właściwie to wszystko nie ma sensu, zwłaszcza kiedy tak dużo ludzi przestaje być kochankami".

  Słowa  Anny Iwaszkiewicz uważam za bardzo trafne. Nie ma małżeństwa bez przyjaźni. Owo "szaleństwo" miłości prędzej lub później, ale się wypali. Jesteśmy w miłości zaślepieni niczym słońcem. Nie wyobrażamy sobie chwili bez ukochanej/ukochanego. Jednak ów ogień nie trwa wiecznie. Jak każdy ogień zaczyna palić się słabszym płomieniem.  I wtedy zaczyna się czas próby. Na ile gotowi jesteśmy na zaakceptowanie odmienności każdego. Przecież każdy z nas ma swój świat, swoje zainteresowania, swoich znajomych. Przyjaźń pozwala na ową " niecierpliwość czekania". Przyjaźń to zaufanie, wzajemne oddanie i pomoc, czekanie na powroty, wspólne wyjazdy, ale i samotne chwile czekania na siebie. Każdą jednak miłość i każdą przyjaźń może zniweczyć egoizm i zaborczość. Gdy najbliższy/najbliższa jest tylko dla nas i staramy się sprowadzić związek do bycia razem, na wyłączność.  Anna Iwaszkiewicz pisze "Wydaje mi się, że takie małżeństwa bardzo serio (jeśli są takie), to właśnie są nie na serio, to znaczy takie niepewne, które się rozlatują, jak przejdzie namiętność". Dla higieny małżeńskiej/partnerskiej dobre są chwile, tych paru dni, kilku tygodni rozłąki. Gdy kiedyś czekaliśmy niecierpliwie na list wyglądając listonosza. Dziś czekamy na telefon, Skype'a,, informację na komunikatorze.  Ale to czekanie i tęsknota  nas scala. Bez tego nie ma mowy, aby długo przetrwały pary. I może właśnie dlatego, dzisiaj małżonkowie tak szybko się rozchodzą, ponieważ nie potrafią przejść do przyjaźni, jak Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, jak ja i moja śp. żona, która wymyśliła samotne wyjazdy dla odpoczynku od siebie, dla owej higieny małżeńskiej i tęsknoty  za sobą. 


 Niecierpliwość czekania

 Wyjechałaś na tydzień na dwa
 Pozostała martwa natura mieszkania
 Cisza przestrzeni
 Zatrzymane w kadrze uśmiechy
 Sypialnia z nutą twoich perfum
 Wolność z odcieniem tęsknoty
 Niecierpliwość czekania
 Na rozmowy wieczorem
 Dysonanse nastrojów
 Nocą szeptem wypowiadane dialogi
 Wspólne splatanie węzłów i rozplatanie

 Ziemowit Szafran