poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Wskrzeszone z nieistnienia

 Na wakacjach sięgnąłem po powieść Ałbeny Grabowskiej "Najważniejsze, to przeżyć". Rodzina Pataczków wraca po wojnie do zrujnowanej Warszawy, aby zamieszkać w ocalałym częściowo z pożogi wojennej domu przy ul. Marszałkowskiej. Nie będę streszczał powieści. Powiem tylko, że mnie powieść nie przekonała. Nie porwała. Owszem, ma rację autorka, że Warszawa była jednym wielkim powojennym gruzowiskiem i cmentarzyskiem. I do owego gruzowiska wracali ludzie, aby w odszukać swoich bliskich na cmentarzach wśród zgliszcz. Swoich domów, albo miejsca dla siebie, gdzie mogliby zacząć żyć w mieście na nowo. Jest to warszawski fenomen. Wracać właściwie do niczego i zaczynać od niczego. Jednak autorka zupełnie o tym fenomenie zapomina. Zapomina także, że na tych ruinach rozpoczyna się fenomen życia. Fenomen przeplatany tragicznymi ekshumacjami zwłok. Rozbieraniem całych budynków. Sprzątaniem gruzów. Jednak miasto zaczyna podnosić się z ruin, wracać do życia. Pierwsza linia tramwajowa. Pierwsze sklepy na Marszałkowej. Pierwsza woda w kranach. To wszystko to krok po kroku, mozolnie i wytrwale, po warszawsku, a więc we wspólnym zapale. Każda taka informacja to podnoszenie ludzi na duchu, że to wszystko co robią ma sens. Oczywiście nie brak wśród ludzi dramatów, nie brak traumy powojennej i na tym skupia się autorka. Natomiast zupełnie  pomija rodzącego się ducha entuzjazmu podniesienia miasta w ruin. Wskrzeszenia z nieistnienia. Szkoda, bo bez tamtego entuzjazmu nie byłoby dzisiejszej Warszawy.  

  

piątek, 18 lipca 2025

Callas, moja rywalka

 


  Miłośnikom opery, a w szczególności Marii Callas, polecam nową książkę Ericha Emmanuela Schmitta "Callas - moja rywalka". Ta krótka forma literacka nie jest powieścią, jest raczej opowieścią o Carlotcie Berlumi, rywalce najsłynniejszej divy opery w XX wieku - Marii Callas. Postaci całkowicie fikcyjnej, stworzonej przez pisarza. Jednak w Carlotcie Berlumi jest kilka postaci zebranych jak w soczewce. Być może jest w Berlumi i Renata Tebaldi, faktyczna rywalka Callas, o której Maria   miała powiedzieć zapytana o spór między divami "To porównanie szampana z coca-colą" (Józef Kański " Mistrzowie sceny operowej"). W czasach słynnej Greczynki śpiewały także: Leyla Gencer, Brigit Nilsson, Joan Sutherland, czy Montserrat Caballe. Autor opowieści bynajmniej nie doszukuje się w postaci Berlumi, którejś z rówieśniczek Callas, choć wiadomo było, że miała całkiem liczne grono przeciwniczek. Opowieść Schmitta jest studium  nad zawiścią , posuniętą do psychozy i nienawiści wobec największej sopranistki dramatycznej XX wieku. Jednak to bardziej uniwersalne przesłanie, nie  odwołujące się tylko do scenicznej rywalizacji. O ile zazdrość potrafi w nas wyzwolić pozytywne reakcje, a więc dorównania komuś, komu zazdrościmy, o tyle zawiść jest w każdej mierze wyniszczająca osobę zawistną. Nie wyzwala w niej chęci zdrowej rywalizacji, ale po prostu chęć zniszczenia kogoś. Nie potrafi  się bowiem osoba zawistna pogodzić z faktem, że ktoś jest lepszy, ma większy talent, większą popularność itd. Zawiść potrafi przyjąć formę patologiczną, wręcz na pograniczu psychozy. Jak bowiem określić złorzeczenia osobie, nawet po jej śmierci, której nienawidzimy. A taki stan osiąga właśnie Carlotta Berlumi - bohaterka nowej opowieści autora Oskara i róży. Berlumi żyje zawiścią. Karmi się nią. Czyha na niepowodzenie Callas. Cieszy się z każdego niepowodzenia, jak choćby dramatu miłosnego z Onassisem. Z wszystkiego co tylko dotyka największej operowej divy XX wieku. Berlumi, ale nie tylko,  każdy  bowiem  kto żyje zawiścią, wydaje się że nie jest do końca świadomy jej destrukcyjnego działania na własną osobowość. I tak kończy się opowieść. Stara, zgorzkniała Berlumi zostaje zaproszona do jury konkursu Fundacji im. Marii Callas - w celu wyłonienia młodej utalentowanej sopranistki. Paradoks? Ktoś powie zemsta Marii zza grobu? Nie. To jasna odpowiedź, jak zawiść potrafi obrócić się przeciwko nam. 
Polecam na wakacyjny wypoczynek.

niedziela, 6 lipca 2025

W cieniu wielkiego pisarza

 


    

 
 O Jarosławie Iwaszkiewiczu wiemy dużo, a nawet bardzo dużo. Powieści, nowele, opowiadania, poezje, dzienniki i listy to dorobek literacki autora "Panien z Wilka", który dobrze znamy. A przecież był także sekretarzem Marszałka Sejmu - Macieja Rataja, pracował w ambasadzie polskiej w Kopenhadze, był prezesem Związku Literatów Polskich. Historią życia Iwaszkiewicza można by obdzielić kilka osób. Mniej i to zdecydowanie wiemy o jego żonie-Annie Iwaszkiewicz z domu Lilpop. Jej właśnie poświęca swoją opowieść  "W stronę Anny" - Sylwia Góra. Tytuł przynosi na myśl pierwszy tom cyklu powieściowego " W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta "W stronę Swanna". Fragmenty tego tomu przetłumaczyła Anna Iwaszkiewicz. Kobieta tyleż utalentowana co nieszczęśliwa, na której psychice zaciążyły niewątpliwie najpierw porzucenie przez matkę  w wieku dwóch lat. Jadwiga Lilpop-żona Stanisława zakochała się bowiem w pianiście Józefie Śliwińskim i dla niego odeszła od męża i dzieci. Jak musiało odbić się na psychice dwuletniej dziewczynki odejście matki o tym pisze Sylwia Góra. Powiedzieć można usprawiedliwiając matkę Anny - "serce nie sługa" . Sama Jadwiga Lilpop tak pisała "Kto nie żył w sferze promieniowania człowieka genialnego, kto nie dzielił życia wielkiego artysty, nie przebywał w zaczarowanym świecie poezji, nie miał tej egzystencji, gdzie do czegoś się dąży, czegoś oczekuje,[...] kto nie oddychał powietrzem wolnem od wszelkiego materializmu, ten nie może mieć pojęcia, jak ciężko potem [żyć] wśród bezdusznego tłumu. Jedyną ucieczką, jedyną pociechą moją jest muzyka i ten świat najdroższych mi wspomnień. Choć żyć niemi ma końca". Można to zrozumieć, ale nie można zrozumieć porzucenia dwuletniego dziecka. Nie wiem czy Jadwiga Lilpop wiedziała, że biorąc rozwód, porzucając męża dla innego, przede wszystkim porzuca dziecko.  Drugą traumą jakby dopełniającą obciążenie psychiczne była samobójcza śmierć ojca w roku 1930.  Przed tym Stanisław Lilpop często zapadał w depresję, co odziedziczyła Anna. Pierwszy psychiczny kryzys miała Anna mając 13 lat. W latch późniejszych, już będąc żoną Jarosława, załamanie nerwowe doprowadziło do leczenia nerwów najpierw w Batowicach a później w Tworkach. Wojnę Anna zniosła bardzo dobrze. Była znacznie bardziej odważna w swych poczynaniach i niesieniu pomocy niż mąż. W latach późniejszych, zbliżając się do jesieni życia, szczególnie przy jego końcu Anna znów zapadła w silne stany lękowe i depresję. Chcąc nad nimi zapanować popadła w bigoterię i dewocję.  
 Anna nie uczęszczała do szkoły powszechnej. Pobierała naukę w domu. Zadecydowała o tym ciotka Anny - Aniela Pilawitzowa, która de facto sprawowała opiekę nad dzieckiem po odejściu matki. Pobierała naukę w domu. Uczyły ją najlepsze guwernantki. Tym niemniej kompleks braku matury państwowej pozostał.  Ojciec też skłaniał się raczej do pobierania przez córkę nauki w domu niż w szkole. Córki Hani i Jarosława - Maria i Teresa - twierdzą, że to wynik "ciasnawego mieszczańskiego poglądu Lilpopów". Hanna jednak otrzymała gruntowne i staranne wykształcenie. Jednak tak wtedy, jak i dziś w Polsce liczy się dyplom i świadectwo ukończenia szkoły i sam talent niestety nie wystarcza. Można rzec, że to też "polski ciasnawy pogląd". Wystarczy rozejrzeć się, aby dostrzec ilu znanych pisarzy zagranicznych i polskich nie miało ukończonych szkół, bądź je porzucili: William Faulkner, Mark Twain, George Bernard Shaw czy Marek Hłasko. Swoją cegiełkę do nierozwinięcia w pełni talentu literackiego Hani dołożył sam Jarosław, który lekceważył jej pisarstwo. Z jednej strony krytykując "niedanie Hani odpowiedniego wyksztalcenia" z drugiej strony podchodząc lekceważąco do jej prób pisania. A była kobietą wszechstronnie utalentowaną. Tak muzycznie, jak literacko. Wystarczy przeczytać jej Dziennik lub listy do Jarosława, jak pięknym literackim stylem są pisane. Trzeba było mieć nietuzinkowy talent, aby grać partie fortepianową Skriabina w Filharmonii Narodowej. Twórczość literacka Anny Iwaszkiewicz to przede wszystkim eseje na temat twórczości Marcela Prousta i przetłumaczenie kilku rozdziałów " W stronę Swanna" I tomu cyklu "W poszukiwaniu straconego czasu", eseje na temat Josepha Conrada i Thomasa Manna. Tłumaczyła głównie literaturę francuską i literaturę anglojęzyczną - Merton i Whitehead. Jej najwybitniejszym dziełem są Dzienniki i wspomnienia oraz wspomnienia o Karolu Szymanowskim.  Dziw bierze, że tak utalentowana kobieta została tak niedoceniona. Sama zresztą nie wierzyła w swój talent mówiąc, że jej twórczość jest mało znacząca, albo, co bardziej prawdopodobne po prostu swoje życie i swoją twórczość poświęciła Jarosławowi, żyjąc jak pisała w "cieniu wielkiego pisarza". 
Zapraszam do lektury "W stronę Anny"

  

sobota, 28 czerwca 2025

Miłość i przyjaźń - nie tylko moimi oczami

   Czytam książkę Sylwii Góry "W stronę Anny". Tę bardzo interesującą książkę omówię w następnym wpisie. Chcę się zatrzymać na fragmencie dotyczącym miłości i przyjaźni, a tych dwóch stanów życia ze sobą,  doświadczali Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, a byli małżeństwem przez 58 lat. Na stronie 158 autorka książki przytacza cytat: "Jak ludzie wszystko głupio  nazywają: na ogół to szaleństwo, które może czasem prędko się skończyć, które nie wytwarza żadnej konieczności przeżywania wszystkiego razem, egoistyczne  w swej zachłanności - to tylko nazywają miłością. A to co łączy nas po dziesięciu latach może być tym, czym jest - nierozerwalną częścią własnego istnienia, jakże to powinno się nazwać? Ja właśnie to jednak przede wszystkim nazywam miłością. Listy Jarosława narzeczeńskie z Paryża - a choćby tegoroczne, codzienne z Zakopanego, cóż za różnica! Teraz rzeczywiście nie umiemy żyć już bez siebie, i to jest to wielkie uczucie, które pomimo wszystkiego, co teraz gadają, wytwarza tylko małżeństwo". Na stronie 186 autorka przytacza następujący cytat "Przykro mi, jak wiem, że masz taką fazę, a jednak miło mi, że odczuwasz moją nieobecność; tak, mój drogi, to nasza przyjaźń , to jest to najważniejsze i im więcej widzę małżeństw, tym bardziej to cenię; bez tego właściwie to wszystko nie ma sensu, zwłaszcza kiedy tak dużo ludzi przestaje być kochankami".

  Słowa  Anny Iwaszkiewicz uważam za bardzo trafne. Nie ma małżeństwa bez przyjaźni. Owo "szaleństwo" miłości prędzej lub później, ale się wypali. Jesteśmy w miłości zaślepieni niczym słońcem. Nie wyobrażamy sobie chwili bez ukochanej/ukochanego. Jednak ów ogień nie trwa wiecznie. Jak każdy ogień zaczyna palić się słabszym płomieniem.  I wtedy zaczyna się czas próby. Na ile gotowi jesteśmy na zaakceptowanie odmienności każdego. Przecież każdy z nas ma swój świat, swoje zainteresowania, swoich znajomych. Przyjaźń pozwala na ową " niecierpliwość czekania". Przyjaźń to zaufanie, wzajemne oddanie i pomoc, czekanie na powroty, wspólne wyjazdy, ale i samotne chwile czekania na siebie. Każdą jednak miłość i każdą przyjaźń może zniweczyć egoizm i zaborczość. Gdy najbliższy/najbliższa jest tylko dla nas i staramy się sprowadzić związek do bycia razem, na wyłączność.  Anna Iwaszkiewicz pisze "Wydaje mi się, że takie małżeństwa bardzo serio (jeśli są takie), to właśnie są nie na serio, to znaczy takie niepewne, które się rozlatują, jak przejdzie namiętność". Dla higieny małżeńskiej/partnerskiej dobre są chwile, tych paru dni, kilku tygodni rozłąki. Gdy kiedyś czekaliśmy niecierpliwie na list wyglądając listonosza. Dziś czekamy na telefon, Skype'a,, informację na komunikatorze.  Ale to czekanie i tęsknota  nas scala. Bez tego nie ma mowy, aby długo przetrwały pary. I może właśnie dlatego, dzisiaj małżonkowie tak szybko się rozchodzą, ponieważ nie potrafią przejść do przyjaźni, jak Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, jak ja i moja śp. żona, która wymyśliła samotne wyjazdy dla odpoczynku od siebie, dla owej higieny małżeńskiej i tęsknoty  za sobą. 


 Niecierpliwość czekania

 Wyjechałaś na tydzień na dwa
 Pozostała martwa natura mieszkania
 Cisza przestrzeni
 Zatrzymane w kadrze uśmiechy
 Sypialnia z nutą twoich perfum
 Wolność z odcieniem tęsknoty
 Niecierpliwość czekania
 Na rozmowy wieczorem
 Dysonanse nastrojów
 Nocą szeptem wypowiadane dialogi
 Wspólne splatanie węzłów i rozplatanie

 Ziemowit Szafran

  


czwartek, 19 czerwca 2025

Rzeczpospolita kibolska

    Ostatnio przeczytałem książkę Marcina Pietraszewskiego "Wojny Niebieskie".  Dziennikarz "GW" pisze przede wszystkim o Psycho-Fansach, czyli  pseudokibicach Ruchu Chorzów, ale nie tylko. Książka jest reportażem, napisanym w formie wspomnień z kilku lat obserwacji śląskich pseudokibiców. Pseudokibiców to słowo zbyt łagodne. Należałoby pisać wprost - stadionowych oprawców, choć działalność grup i ich macki wykraczają daleko poza stadiony. Książka robi  wstrząsające wrażenie. Jak bardzo bowiem trzeba być wyzutym z wszelkich ludzkich uczuć i empatii, jak bardzo trzeba nie mieć sumienia, aby po skatowaniu na śmierć jednego z guru zabrzańskiej Torcidy przez chorzowskich Psycho-Fansów, jechać spokojnie na stację benzynową na hot-dogi na ostro . Jakim kodeksem kierują się chorzowscy Psycho-Fansi i kibole innych śląskich i nie tylko śląskich klubów. Żadnym, dosłownie żadnym kodeksem etycznym, jako normie moralnej i prawnej. Jest prawo grupy i nienawiści do innych klubów. Druga drużyna to nie rywal, to nie przeciwnik - to wróg. Wróg śmiertelny. Trzeba więc go bić, nienawidzić. Skąd wziął się ruch pseudokibicowski? Trudno się zgodzić, że tylko z rodzin dysfunkcyjnych. Być może szeregowi członkowie tak, ale bonzowie grup, tu już śmiem wątpić. Są jak "ojcowie chrzestni" w mafiach. Często dobrze a nawet świetnie  wykształceni. Tyle tylko, że wcale ich nie obchodzi drużyna, której rzekomo kibicują. Liczy się przede wszystkim szmal. Po co pracować w firmach, skoro można zarobić łatwo kasę. Sprowadzają i sprzedają działki narkotyków, dopalaczy, przemycają papierosy. Mało tego. Informatycy Psycho-Fansów potrafią się włamać do systemów komputerowych, mają swój wywiad, zakładają przeciwnikom GPS i ich śledzą. Sprowadzają z zagranicy fury narkotyków. A wszystko to działo się pod nosem policji.  Ale Psycho-Fansi i inne kibole, to pieszczochy polityków i KK. Dla nich to  obrońcy wiary i tradycji narodowych, więc potencjalni wyborcy, gdy dodamy jeszcze ich rodziny i sympatyków, to ilość zwolenników  radykalnej prawicy poważnie się zwiększa.
  Mają swoich prawników, których opłacają. Czują  się więc bezkarni. A bezkarność powoduje narastanie w nich bestialstwa. Dopiero gdy do akcji weszło CBŚP  grupa Psycho-Fans została rozbita (po latach "ciuciubabki" z policją i wręcz jej nieudolności) - 14 szefów gangu odsiaduje karę więzienia. Ale to nie wszystko. Zażarcie bronią swoich facetów żony i partnerki. Nie wiem tylko czy bronią facetów, czy swojej wygody życia? Posiadania samochodów, kasy na najdroższe ciuchy za granicą, wczasy zagraniczne itd. Są też bierni sympatycy "niedźwiadków", niewidzący nic złego w tym co robią, poza tym, że chłopcy muszą się wyszumieć. Krąg zła jest o wiele większy niż tylko samych czynnych kiboli.
     Książka nie jest tylko reportażem z działania Psycho-Fans i kiboli innych klubów.  Jest oskarżeniem wobec państwa i jego nieudolności. Państwo, które dopuszcza, aby powstały przy jego boku organizacje przestępcze, mające struktury i  hierarchię jak KK nie jest godne zaufania. Guru gangu to kardynał albo biskup. Z nim nie ma dyskusji. Szeregowi członkowie to "mali wyrobnicy" do "ustawek" i bicia przeciwników. Państwo, które  nie egzekwuje prawa, które pozwala na szerzenie się jawnej przestępczości i patologii, ma w strukturach policji  pseudokibiców, jest słabe i bezradne i nie wzbudzające respektu. Efekty widzimy podczas wyborów.

piątek, 9 maja 2025

Wybór

 Wybory prezydenckie coraz bliżej. Nie chce  jednak w tym wpisie prowadzić jakiejkolwiek agitacji za tym lub owym albo ową. Nie. Zamieszczam tylko mój wiersz "Wybór". Wybierając bowiem, zawsze wybieramy jakieś następstwa. Warto o tym pamiętać...

Wybór

Przyszło nam wybierać
Zawsze
To albo tamto
Tą lub ową
Tego lub owego
Wedle wiedzy i upodobania
Rozkazu serca
Nieraz  braku wiedzy
Kiepskiego gustu
Nieraz w ciemno
Albo na przekór
Komuś i sobie
Lub zdrowemu rozsądkowi
Tak czy owak
Czy to czy tamto
Czy tą czy owego
Zawsze wybieramy
               KONSEKWENCJE

 

Ziemowit Szafran

Słupsk

06.05.2025 r.


niedziela, 4 maja 2025

Skąd ten owczy pęd w Tatry

 


  Majówkę mamy za sobą, a skoro mamy maj, to w niedalekiej perspektywie wakacje. Przedsmak tego, co będzie się działo w naszych największych górach latem, mogliśmy oglądać w relacji telewizyjnej znad Morskiego Oka 01. maja 2025 r. Wszyscy więc gromadnie szli nad położone pod masywem Mięguszowieckich olbrzymów jezioro. Wydawałoby się cóż w tym dziwnego, gdyby nie to, że bycie w Tatrach dla większości oznacza pójście nad Morskie Oko, zaliczenie Giewontu, Doliny Kościeliskiej i Chochołowskiej i ostatnio Rysów, choć to już bardziej dla wytrwałych. Zatem latem Zakopane i Tatry odwiedzają tłumy wczasowiczów,  którzy za cel obrali sobie zobaczenie tego co najłatwiejsze. Zakątki najłatwiej dostępne, gdzie nie tylko są piękne widoki, ale i przede wszystkim schroniska. I nie wiem czy owi miłośnicy Morskiego Oka nie są bardziej miłośnikami szarlotki, kawy, coca-coli i piwa wyborów wszelakich. Owszem przejście nawet dziewięciokilometrowej asfaltowej drogi wymaga sporo wysiłku, zatem trzeba utracone kalorie koniecznie uzupełnić.  I tak jest nie tylko w kierunku Morskiego Oka, ale i do Doliny Kościelskiej, Doliny Strążyskiej, Doliny Chochołowskiej czy szlakiem z Brzezin do Murowańca, ponieważ jest najłatwiejszy. Trudniejsze szlaki do Murowańca a właściwie do Hali Gąsienicowej i dalej do Czarnego Stawu Gąsienicowego przez Dolinę Jaworzynki lub Boczań są znacznie bardziej trudniejsze i wymagające, więc mniej uczęszczane. Zastanawiam się jakby owa turystyka schroniskowa wyglądała, gdyby schronisk nie było. Czy owo zainteresowanie Morskim Okiem byłoby aż tak duże. Zauważmy, że w schronisko w Dolinie  Pięciu Stawów już tak oblegane nie jest, bo dojście do niego wymaga sporego wysiłku. Jest owszem sporo, ale zaawansowanych turystów. A wąwóz Kraków pusty, Dolina Liliowe pusta, Dolina Małej Łąki pusta. Ale tam nie ma schronisk!!!. Czyżby więc tam gdzie schronisko, szarlotka, kawa i piwo tam owczy pęd? Argument raczej nie do obalenia. 
 Inną kwestią jest owczy pęd na Giewont i Rysy? Kolejki aby wejść, cyknąć selfie i wpuścić na Fb. Aczkolwiek wejście na Rysy wymaga kondycji, to jednak nie wszyscy ją mają. Są źle ubrani. Idą w adidasach. W takim wyposażeniu łatwo o poślizg i nieszczęście. Nie  będę wnikał dlaczego tak się nieodpowiednio turyści ubierają? Wybieranie się jednak w adidasach, krótkich spodenkach, na Rysy lub Orla Perć świadczy o kompletnym braku wyobraźni i lekceważeniu Tatr jako gór wysokich. Dorota Rasińska-Samoćko, zdobywczyni wszystkich 8-tysieczników w Himalajach, przed wyjazdem w najwyższe góry świata, trenowała m.in. w Tatrach. W wywiadzie na YT powiedziała, że Tatry to bardzo wymagające góry. Chcąc pojechać w Alpy lub Himalaje trenować musi w Tatrach, bo są bardzo strome. A polscy wakacyjni zdobywcy Rysów jakby w ogóle tego nie doceniali. Jakby lekceważyli stromość Tatr, wysokość. Jakby ich zawodziła wyobraźnia. Do tego dochodzi często nieznajomość szlaków, zmiennych warunków w górach. Zauważyć wypada, że ów pęd dotyczy tylko Giewontu i Rysów. Nie uświadczymy tłoku na Mięguszowieckie, na Wysoką, na  Wrota Chałubińskiego, Mnicha czy Kościelca. Więc te dwie góry są oblegane, bo Giewont wydaje się dziecinnie łatwy, a wejście na Rysy, najwyższy nasz szczyt, ma coś z megalomanii. Nie wspomniałem jeszcze o Kasprowym Wierchu, na który oczywiście najlepiej wjechać kolejką linową. Stoją więc tasiemcowe kolejki do kas, aby wjechać na Kasprowy. A przecież można przy pewnej dozie wysiłku i przygotowania pójść szlakiem przez Myślenickie Turnie i mieć naprawdę wspaniałą i satysfakcjonującą wyprawę. Ale po co, skoro można kolejką i w dodatku można pójść na szczycie do baru na pizzę, piwo, kawę i szarlotkę, aby potem tą samą  kolejką zjechać w dół do Kuźnic.
Czy jednak ów pęd w Tatry jest oby w nasze najwyższe góry, czy do schronisk tam położonych a potem na Krupówki? Wydaje mi się, że do schronisk, jeśli nawet owi turyści sobie tego w pełni nie uświadamiają. Po drodze zostawiają pasma Beskidów, Gorców, Pienin itd. Każdemu wedle gustu, wyobraźni, pasji i przygotowania.